Dostałem niedawno maila reklamującego super tanie zabiegi medycyny estetycznej (botoks, kwas hialuronowy itd.). Atrakcyjna cena wynikała z tego, że zabiegi wykonywane miały być w ramach… szkolenia dla lekarzy. Płaci się tylko za materiał. Robocizna gratis…

I tak się zacząłem zastanawiać, czy jest jeszcze jakaś granica między medycyną (estetyczną czy nie, wszystko jedno), a np. mechaniką samochodową. Do mechanika też można przyjechać z własnym olejem…

Przypomniała mi się też koleżanka, która zawsze bardzo entuzjastycznie odnosiła się do obecności studentów w przychodniach i szpitalach („przecież muszą się gdzieś uczyć!”). Twierdziła nawet, że praktykanci lepiej wykonują różne zabiegi, bo bardziej się starają i „jeszcze im się chce”. Zmieniła zdanie po jednym pobieraniu krwii… tak posiniaczonej ręki w życiu nie widziałem :) . Od tego czasu koleżanka propaguję ideę spółdzielczości studenckiej („niech się umawiają i na sobie wszystko ćwiczą!”)…

Może ci lekarze też powinni się zebrać do kupy i powciskać sobie wzajemnie te wszystkie botoksy? Nauczyliby się i jednocześnie staliby się chodzącymi reklamami swoich gabinetów!