Każdy normalny człowiek wie, że powinno się przedstawiać czy podpisywać najpierw imieniem, a potem nazwiskiem, a nie na odwrót. Czyli „Jan Kowalski”, a nie „Kowalski Jan”.

Nazwisko „na przedzie” to domena wszelkiej maści kerowników, derektorów i innych wąsatych reliktów PRL-u, nierzadko po błyskotliwym awansie społecznym. Innymi słowy, trochę wstyd.

Ostateczny dowód, że imię na początku to lepsze rozwiązanie, znalazłem na cmentarzu 1 listopada. Na mijanym przypadkowo nagrobku przeczytałem „śp. Koza”… i potem oczywiście imię…

OK, różne bywają nazwiska, w „Kozie” nie ma przecież nic złego. Można nawet zrozumieć rodzinę, która zleciła wykonanie takiego nagrobka – wszak w żałobie człowiek nie myśli trzeźwo. Zastanawiam się tylko, w jakim stanie ducha był fachowiec grawerujący ten przepiękny napis…

Potem dowiedziałem się, że na tym samym cmentarzu leży pochowany Władysław M. Łokietek… Ten to w szkole musiał mieć ciekawie…

Pozdrawiam,
Sadysta Dentysta