Wow, chyba najdłuższy tytuł wpisu mi się udało stworzyć. Mam nadzieję, że blog mi się od tego nie rozpuknie… ;)

Kolega ostatnio mi opowiadał, że strasznie rozdrażnił go dentysta. Polecany, zaufany, wypróbowany itd. Otóż, w trakcie wizyty kilkukrotnie przez telefon przyjmował zapisy na wizyty, udzielał informacji itd. Kolega w tym czasie siedział z rozdziawioną paszczą, watą, sączkiem itd.

W niektórych gabinetach coś takiego to normalka. W innych pracują asystentki/recepcjonistki, które odwalają całą tę biurową robotę. Wiadomo, w małym, rodzinnym gabinecie trudno o taki „przerost zatrudnienia”, ale dlaczego ma na tym cierpieć pacjent? Czy nie można tego zorganizować jakoś inaczej? Np. automatyczna sekretarka i oddzwanianie do pacjentów?

Zapewne właśnie takie pytania zadawał sobie kolega w czasie, kiedy jego dentysta rozprawiał ochoczo przez telefon. Przy kolejnej „przerwia na żądanie” postanowił, że ma dosyć, że to ostatni raz! Jeszcze jeden telefon i wprowadzi w życie chytry plan…

Plan był właściwie dosyć prosty. Otóż, kolega wymyślił, że trakcie kolejnej rozmowy zacznie krzyczeć ile sił teksty w stylu „Wypuść mnie! Ratunku! Tylko nie imadło! Aaaaaa!!”. :)

Niestety, telefon już nie zadzwonił…