Przypomniała mi się rozmowa na temat dentystycznej tytułomanii. Znajomy opowiadał, jak jego znajomy (a więc to musi być prawda!) burzył się, że pacjenci mówią do niego per „pan”. Nie „doktorze”, ale „proszę pana”.

Okazuje się, że dla niektórych pacjentów rzeczywiście może być problemem to, jak zwracać się do dentysty. Młodsi chyba zwykle to olewają, dla starszych, bardziej konserwatywnych dopuszczalne są wciąż tylko tradycyjne formy.

Ale obrażać się na pacjentów za rzekomo zbyt pospolitego „pana”? Bezsens. Ciekawe, czy wyznawcy tytułomanii wymagają też stosowania właściwych form przez członków swoich rodzin. Np. w trakcie scen łóżkowych… ;)