Jest taki wspaniały wynalazek jak znieczulenie przewodowe. Co to jest i co daje? Otóż, za jednym zamachem można przy jego pomocy znieczulić człowiekowi pół twarzy. A właściwie ćwierć, bo używa się go do znieczulenia dolnych zębów. „Łapie” właściwie od jedynki do osemki, przy okazji działa na wargę, język i nawet gardło.

Właśnie z tym gardłem bywa trochę zabawnie i trochę groźnie, bo niektórzy pacjenci mają po znieczuleniu przewodowym wrażenie, że gardło im puchnie i zaraz się uduszą. Sam do takich należę. Kiedy znieczulenie zaczyna działać, mam wrażenie, że nie mogę przełknąć śliny. Panika gotowa. Potem jest ok.

Jaka jest podstawowa wada takiego znieczulenia? Przede wszystkim – trzyma kilka godzin i po wyjściu z gabinetu trzeba uważać, żeby się nie poparzyć (jedzeniem czy piciem), nie opluć, nie ugryźć w język itd.

Do zaleceń po zabiegach należy też wzmożona ostrożność przy… całowaniu. Z gabinetu wychodzi para. Chłopak miał borowanie z lewej, dziewczyna z prawej. Zalecenie: uważać, bo się pogryziecie. Odpowiedź: a, najwyżej, i tak byśmy nic nie poczuli…