Znieczulenie w gabinecie dentystycznym to zabieg właściwie rutynowy. Niektórzy pacjenci pewnie byliby skłonni prosić o nie nawet przy wizytach czysto kontrolnych ;) .  Z drugiej strony, nie ma co się dziwić, dla wielu osób ból na fotelu dentystcznym to poważny stres - lepiej zastosować znieczulenie – w ten sposób i dentysta, i pacjent mają spokój.

Są pacjenci, którzy panicznie boją się nie tylko bólu związanego np. z borowaniem, ale też samego znieczulenia. Tzn. igły, zastrzyku itd. Kiedy kolega, cierpiący na tę właśnie przypadłość, opowiedział mi swoją histrorię, aż mi się nie chciało wierzyć, do czego skłonni są niektórzy pacjenci.

Kolega miał dość dużą dziurę do załatania. Nic skomplikowanego, po prostu, próchnica, borowanie, plomba i już. Dla niego był to koniec świata. Ponieważ bał się panicznie, specjalnie wybrał gabinet, w którym można poprosić o znieczulenie gazem.

Podłączyli go pod butle, założyli maseczkę, puścili gaz itd. Kolega w miarę spokojny, siedzi na fotelu, nic nie czuje. Ba! Robi mu się coraz przyjemniej! W pewnym momencie dentysta mówi: no, to chyba już starczy tego dobrego.

Kolega oczywiście przerażony, że znieczulenie przestanie działać za szybko. Zobaczył kątem oka, że dentysta przykręcił kurek z gazem rozweselającym (podtlenkiem azotu), a odkręcił ten z tlenem, który przyspiesza trzeźwienie.

Co zrobił kolega? Wpadł na genialny pomysł i od razu wcielił go w życie! Ponieważ oba gazy podaje się przez nos, wykombinował sobie, że będzie oddychał ustami, dzięki czemu trzeźwiący tlen na niego nie zadziała…

Do dzisiaj twierdzi, że nie pamięta płacenia za wizytę. Niespecjalnie pamięta też powrót do domu. Następnego dnia dwoje znajomych dzwoniło do niego z pytaniem, co się stało, bo „wczoraj dzwoniłeś i jakieś dziwne rzeczy opowiadałeś”.